Ta choroba jest nie do wyleczenia, chyba że organizm sam ją zwalczy, ja żyłam tą nadzieją cały czas.
Lekarz zaproponował leczenie, TFX osiemdziesiąt zastrzyków kuracja pół roczna, dał mi czas do zastanowienia?!
Przeraziłam się, takie małe dziecko i tyle dziur w pupie!
Jak ona to wytrzyma ? ale będę z nią, będę płakać, przytulać, będę cała dla niej.
Zadzwoniłam do mamy, opowiedziałam jej wszystko, chciałam żeby mi się pomogła zdecydować.
W sumie to chciałam żeby podjęła za mnie decyzję.
No ale, się nie udało, Marysiu sama musisz się zdecydować, ja nie mogę za ciebie tego robić, potem coś się stanie i co będziesz miała do mnie pretensje, nie, nie będę miała, tylko powiedz tak, prosiłam mamę.
Nie Marysiu, mogę ci pomóc, ale to twoje dziecko i twoja decyzja, wiem mamo wiem.
Ale ja nie wiem, co mam robić?
W domu powiedziałam mężowi, odpowiedział, zastanów się, jakie skutki uboczne ma to lekarstwo, czy jej pomoże, po co dziecko męczyć, jak nic z tego nie będzie, w sumie to mi pomógł, takim gadaniem.
Zdecydowałam się, i zgodziłam na leczenie.
Wiem ze kochał Zuzę, po prostu to wiem.
Nie umiał okazywać uczuć, nie był tego nauczony, jako dziecko nigdy ich nie dostawał.
Z tego co opowiadał kopa w dupę i tyle.
Mieszkali na wsi, tam dzieci się po prostu rodziły.
Matka nigdy go nie przytulała, nie okazywała uczuć, ani ciepła.
Ojciec, pracował, wychowanie twardą ręką, zawsze powtarzał, ja tak miałem i żyje, to też tak robił ze swoimi dziećmi.
Nie widział w tym nic złego.
Maciej kiedyś mi opowiadał, jak jego mama wyjechała za granice i obiecała mu, że przywiezie dla niego duży prezent, jak to dziecko czekał dzień, noc, nie mógł się doczekać, był niecierpliwy i w końcu, jest mama przyjechała, skakał, cieszył się i co dostał?
Puszkę orzeszków solonych, mogę sobie tylko wyobrazić jak się czuje dziecko w takiej sytuacji, chyba mu się świat zawalił, jak to opowiadał miał łzy w oczach, potem powtarzał, że jego dziecko nigdy tak nie będzie miało, że nie skrzywdzi tak swojej córki, wierzyłam w to i ufałam mu.
Niestety rzeczywistość okazała się inna.
Zaczynaliśmy się do siebie zbliżać, nawet rozmawialiśmy ze sobą, coś się działo,w naszym małżeństwie, było mi dobrze.
Czułam że zaczyna mi zależeć na nim, nie było mi już takie obojętne co robi.
Interesowałam się , gdzie i dokąd wychodzi.
Nawet seks był jakiś fajniejszy, uczyłam go całować, pieścić.
Nie żeby było super od razu ale się starał.
Powoli, powoli byłam pewna że się nam uda.
Maciej zmienił pracę, dalej pracował jako kelner, był dobry w tym co robił, wręcz bardzo dobry.
Nie miał problemów ze znalezieniem pracy, miał prezencję, był przystojny, inteligentny, wiedział co pracodawca chce usłyszeć. Umiał się podlizywać.
Miał szczęście w życiu, po prostu w czepku urodzony.
Zapisałam Zuzę do przedszkola, tak się cieszyła, rano zawsze się pierwsza budziła, chodź mamo, chodź już wołała, wkładała mi palce do oczu żebym się obudziła, wstawałam, zaprowadzałam ja i siedziałam w domu, Maciej szedł do pracy, dzień jak co dzień.
Przedszkole mieliśmy bardzo blisko, w sumie to z balkonu widziałam ogródek przedszkolny i Zuzę jak się bawiła z dziećmi.
Koło przedszkola, był taki mały bar, zawsze tam chodziliśmy na piwo w lecie, spotykaliśmy się ze znajomymi.
Maciej był stałym bywalcem baru, zabierał tam nieraz Zuzę jak jej pilnował, dostawała lizaki, cukierki, grała w flipery, a tatuś sobie pił piwko.
Taka śmieszna anegdotka, siedziałam kiedyś na balkonie i patrzyłam jak dzieci się bawią na przedszkolnym podwórku.
Nagle grupa maluchów, z Zuzą na czele, biegli prosto do baru za przedszkolem, pani zauważyła to i pobiegła za nimi, wołając głośno żeby się wrócili, gdzie biegną!
Trzy latki, uciekają czy co?
Moje dziecko powiedziało kolegom, chodźcie, tam dają lizaki za darmo, które dziecko by się nie skusiło na lizaka.
No niestety nie udało się, pani była szybsza i wróciła ich.
Rozmawiałam z córką potem, tłumaczyłam że tak nie wolno, że w barze znają tatę i dlatego dostaje słodycze, ale nie wolno uciekać z przedszkola, pani się będzie martwić a i w barze pan był by zaskoczony i nie rozdał wszystkim dzieciom lizaków, wtedy dzieciom zrobiło by się przykro, zrozumiała, powiedziała że nie będzie tak więcej robić.
Ale ja tylko chciałam mamusiu żeby...
Przytuliłam ją i pocałowałam, mądra dziewczynka.
Pojechałyśmy do szpitala na dwa tygodnie, na leczenie.
Tyle czasu trzeba było tam być, żeby zobaczyć jak Zuza reaguje na zastrzyki.
Co drugi dzień, zastrzyk, płakała na początku, potem tylko dotykała pupy i mówiła do którego pośladka dziś zastrzyk, była taka dzielna.
Za to ja płakałam za każdym razem, kiedy ona dostawała zastrzyk, nie umiałam sobie z tym poradzić, Dlaczego to moje dziecko tak cierpi?
Dlaczego to ją spotkało, jest taka mała a już tyle przeszła.
Zarzynałam się tymi myślami.
Wiecznie sobie coś wyrzucałam, że to moja wina, bo gdybym urodziła w Bielsku, pewnie była by zdrowa, ogarniała mnie wtedy taka złość.
Potem patrzyłam na małą i wiedziałam że dam rady, że zrobię wszystko co się da, boże żeby się dało ten ból wziąć na siebie.
Żeby nie cierpiała, zawsze była taka uśmiechnięta.
Maciej przyjeżdżał do nas, na chwilkę zawsze, nie lubił szpitali i mówił że nie może patrzeć jak jego córka cierpi.
A ja muszę tu być! tez mi ciężko, zawsze odpowiadałam.
Prosiłam żeby zostawał dłużej, nic z tego wychodził, dobre i to.
Może faktycznie cierpiał, na swój sposób, w tedy wydawało mi się że nie chce z nami być.
Ja tam byłam, i znowu sama.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz