czwartek, 13 lutego 2014

Dziwne zaręczyny.


Piękny Hotel położony blisko gór.Okolice podbeskidzia. Zielone tereny, korty tenisowe, huśtawki.
W środku wydawał się być ogromny, miał cztery piętra, basen, saunę ,siłownię i kręgielnie.
Mogliśmy korzystać z wszystkich wygód. Po prostu bajka...


Zamieszkałam tam, chociaż do domu miałam niedaleko.
Zaczęłam pracę w Andrzejki.
Pamiętam, że nie miałam zielonego pojęcia jak się trzyma tacę kelnerską!
Dam rade, pomyślałam.
Schowałam gdzieś dawną Maryśkę, byłam uśmiechnięta i pewna siebie, gotowa.
Podzieliliśmy salę na rewiry i każdy miał swoje stoliki do obsługi.
Zesztywniałam widząc, kto siedzi w moim.
Byli to moi koledzy i koleżanki ze szkoły podstawowej.
Znów odezwała się mała Maryśka. Myśli w mojej głowie, uczucie przerażenia, nogi się pode mną ugięły. 
W jednej chwili znowu stałam się małą dziewczynką.
Podeszłam przywitałam się, przeżyłam.

Byli dorośli i nie gryźli.
Zabawa trwała całą noc .

Potem kolejne dni, pierwsza wypłata.
Mogłam kupić nowe ciuchy.
Nowe!

Wiodłam beztroskie, szczęśliwe życie z dziewczynami, ponieważ pracowały tam tylko kelnerki.
Pamiętam dzień, gdy kierownik przedstawiał nowego kelnera.
Byłam wtedy na zmywaku, ubrana w przezroczysty fartuch i chyba gumową zapaskę. 
Taka biała, mam nawet zdjęcie, a na nim ja i okienko na zwrot naczyń.
- Marysia, to jest nasz nowy kelner Maciej - powiedział kierownik. 
Widziałam tylko jego koszulę,  gdyż był taaaaki wysoki i nie mieścił się w tym okienku.
- Ja nie jestem taka brzydka, tylko teraz tak wyglądam - powiedziałam.
Zawsze się z tego śmialiśmy.

Praca, imprezy, wszyscy bawiliśmy się razem, piliśmy alkohol.
Wtedy było to normalne, taki wiek 18-20 lat.
Mało się spało, mało jadło, najpiękniejsze trzy lata mojego życia.

Maciej, był wysokim brunetem o niebieskich oczach, inteligentny, szarmancki młody mężczyzna.
Był ze Śląska.
Podobał się kobietom.
Jego obraz zamazuje mi się w pamięci, wtedy był po prostu koleą.
Nie wiem kiedy ale wiem jak się to wszystko zaczęło.
"FRU I AKCJA", tak to nazwaliśmy.

Ja, która pierwszemu chłopakowi nawet buzi nie dałam, a drugiego pocałowałam po dziewięciu miesiącach, wylądowałam z Maćkiem w łóżku, przespałam się z nim! 
Gdy się obudziłam, Maciej oglądał bajkę "Dżidżi białe majteczki".
Wstydziłam się tego co zrobiliśmy tak bardzo, że później  ukrywaliśmy nasze spotkania.
Nie było w tym kochania, tylko  seks, ponieważ Maciej nie potrafił kochać. 
Nie było mi z tym dobrze. 
Ale o tym później.
Podnosiłam sobie wtedy samoocenę, tym że był przystojny. 
Jaką ja byłam głupia...

Zaręczyny, półtora roku później. 
Wygłupialiśmy się, Maciej,był po piwie, zdjął ze ściany zasuszona różę uklęknął przede mną i zadał pytanie: "wyjdziesz za mnie?" 
Myślałam, że nadal żartujemy, więc powiedziałam: "tak".
Dotarło do mnie, że to nie były żarty, gdy wyszliśmy z pokoju. 
Maciej oznajmił naszym znajomym, że jesteśmy zaręczeni. Nawet datę podał!

Znowu stałam i nic nie mówiłam ,uśmiechałam się.
W głowie tysiące  myśli. Tak! Nie! 
Strach i radość..chciało mi się płakać.
Znowu robiłam co kazali! Ktoś mi coś narzucał.
Radość,wszystkich dookoła, gratulacje uściski. 
"Maryśka trafiła jak ślepa kura ziarno."
Teraz to wiem!
Boże, a gdzie ja ? 
Później było mi nawet dobrze. Przynajmniej przez pewien czas...

Parę miesięcy później, pojechaliśmy na wycieczkę, na której Maciej  kupił mi pierścionek zaręczynowy.
Duży z czarnym oczkiem. 
- Podoba ci się? - zapytał w sklepie.
- Tak ładny - odpowiedziałam.
Naprawdę mi się podobał. Założyłam go na palec i chyba byłam dumna.
Po powrocie do hotelu Maciej, wszystkim się chwalił, jaki to piękny pierścionek kupił.
Ja się grzecznie uśmiechałam i pokazywałam dłoń.
Zawsze lubił się chwalić...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz