Lekarz powiedział, że raczej nie ma możliwości wyleczenia, wirusowego zapalenia wątroby typu B.
WZW "B"
WZW "B"
Zuzia, bo tak mówiłam na moją córeczkę, chciałam żeby miała tak na imię ale Maciej mówił że będą jej śpiewać w szkole Zuzia lalka nie duża...
-więc poszłam i z lotu dałam jej na imię Paulina.
Było bardzo źle, mała miała bardzo wysoki poziom bilirubiny, próby wątrobowe były wysokie, jednym słowem dno!
Hbs +, Ag + - świadczył o zakaźności chorego.
Znowu jej jakieś gówno wszczepili!
Hbs +, Ag + - świadczył o zakaźności chorego.
Znowu jej jakieś gówno wszczepili!
Lekarz pomagał nam, próbował załatwić przyjęcie do szpitala.
Niestety nie udało się, Zuzia była za mała, nigdzie jej nie chcieli przyjąć.
Maciej jak nigdy cały czas był ze mną, pytał się o wszystko, interesował się, zadawał pytania, ja nie byłam w stanie, bałam się, czułam się taka mała, i nie potrafiłam pomóc własnemu dziecku.
Chciała bym mieć wtedy pierścień Arabeli, przekręcić go na palcu i pomyśleć życzenie.
Oglądałam taką bajkę w dzieciństwie, wydawała się taka prawdziwa, szkoda że w życiu się tak nie da.
Pomyślcie, jak czuje się bezradna matka?
-to już drugi raz, w tak krótkim czasie.
Nie mogłam się skupić, słuchałam ale nie słyszałam, tylko szum w głowie.
Chciała bym mieć wtedy pierścień Arabeli, przekręcić go na palcu i pomyśleć życzenie.
Oglądałam taką bajkę w dzieciństwie, wydawała się taka prawdziwa, szkoda że w życiu się tak nie da.
Pomyślcie, jak czuje się bezradna matka?
-to już drugi raz, w tak krótkim czasie.
Nie mogłam się skupić, słuchałam ale nie słyszałam, tylko szum w głowie.
Patrzyłam na tego lekarza i nic nie rozumiałam.
W jakimś dziwnym języku do mnie mówił.
W jakimś dziwnym języku do mnie mówił.
Udało nam się zapisać Zuzię tylko do poradni hepatologicznej w Bytomiu, niestety o przyjęciu na odział nie było mowy.
Wizyta u lekarza, dowiedziałam się że jest to żółtaczka wszczepienna i prawdopodobnie dostałyśmy suprise, podczas cesarskiego cięcia.
W sumie to na sto procent.
Choroba przewlekła i będzie jej nosicielem do końca życia!
Słowa które dudnią mi do dziś w głowie.
Sto pytań do...
Ja po prostu nie wieże, obwiniałam wszystkich, dlaczego mnie to spotyka, dlaczego moje dziecko?
Nie chciałam tu żyć, wiedziałam że tak będzie, jeszcze bardziej chciałam do Bielska.
Dieta wątrobowa, lekarstwa.
Tak moje dziecko zaczęło, swoją drogę po szpitalach.
Co dwa tygodnie miała pobierana krew, miała grubiutkie rączki, był problem z wbiciem się do żył, ponieważ nie było ich widać, jedna mała w lewej rączce.
Zawsze tylko z tej jednej żyłki pobierano krew, wyglądała już jak sitko.
Płakała wyrywała się ale tylko przez pierwsze parę miesięcy, ona była taka malutka a tyle bólu jej zadawali, w domu przed każdym posiłkiem lekarstwa na osłonę wątroby.
Nie smakowały jej, zawsze nimi pluła.
Próbowałam różnych podstępów, jakoś mi się udawało, wypijała.
Dieta, wszystko gotowane, chude mięsko, tylko drobiowe, zero przypraw, czekolady kakao.
Nic co było dobre!
Dziadek Maćka hodował gołębie, zabijał młode ptaki, dla Zuzi, gotowałam na nich zupki.
Kiedyś jak byłam z małą u teściowej, dziadek przyniósł trzy gołębie bez głów trzymał je za nogi, krew jeszcze z nich kapała, kazał mi je wziąć, powiedziałam nie!
Bierzesz albo je wyrzucam?!
Szukałam ratunku, krzyczałam do teściowej żeby je wzięła zamiast mnie.
Zeszła na dół i zaczęli się śmiać ze mnie, nie było to miłe. Brzydziłam się.
Sama jeździłam z nią do lekarza, mój mąż pracował, to takie naturalne.
Spotykał się z kolegami, żył jak kawaler.
Pytał zawsze co u lekarza, jak mała ale czułam że jestem sam.
Umiesz liczyć licz na siebie.
Przeważnie wracał do domu wypity, myślałam że to normalne, nie awanturował się, kładł do łóżka i spał.
Nie widziałam żeby miał problem z alkoholem, po prostu tak ma.
Rano do pracy i tak w kółko.
Zuzia rozwijała się normalnie, rosła była wesoła, wirus jej w tym nie przeszkadzał.
Miała już osiem miesięcy, zaczęła raczkować.
Przemieszczała się po całym mieszkaniu, było jej wszędzie pełno, taki promyczek.
Poranek, piękna pogoda, słońce zaglądało nam do okien, mieliśmy razem w trójkę iść na spacer, niestety, zadzwonił domofon, do mojego męża przyszedł kolega i wyciągną go z domu, poszli gdzieś. Na chwile mówił.
Byłam bardzo zła na niego, wybrał kolegę, nie nas.
Ubrałam małą i poszłam sama, na miasto, chodziłam po sklepach i zobaczyłam takie fajne butki dla Zuzi, zaczynała już chodzić, powinna mieć pantofle.
Kupiła bym, ale nie miałam za co!
Nie miałam swoich pieniędzy, a od męża dostawałam tylko na jedzenie, czasem na rachunki, bo raczej sam wszystko płacił.
Nieraz prosiłam go żeby mi dał jakieś pieniądze, chciałam sobie coś kupić, jakiś nowy ciuch, przecież byłam kobietą.
Potrafił przy kolegach dać mi pieniądze, mówiąc idź sobie coś kup, na drugi dzień dołożył jeszcze trochę i dał mi rachunek do zapłacenia.
Jak to, przecież to miałam na bluzkę?
-żartowałem usłyszałam, poszłam i zapłaciłam.
Nie umiałam się odezwać, bronić, byłam posłuszna i głupia, mała wieśniara!
Gdzie ja miałam rozum, dlaczego dałam się tak traktować, bałam się że mnie zostawi?
Poszłam szukać Maćka, chciałam pieniądze na buty dla Zuzi.
Znalazłam go, siedział w knajpie pił piwo, dobrze się bawił jak zwykle.
Zdziwił się jak mnie zobaczył, nigdy za nim nie chodziłam po barach, uważałam że to wstyd.
Stanowczo i ze złością w głosie powiedziałam, potrzebuje pięćdziesiąt złoty na buty dla małej!
Popatrzył, zdziwił się, bez słowa wyją pieniądze i mi dał.
Odwróciłam się i poszłam, kupiłam jej butki, od razu ubrałam, byłam dumna z siebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz