sobota, 22 lutego 2014

Święta





Pojechaliśmy do teściów na święta, pierwsze w życiu Paulinki.

Duża działka, piętrowy dom z zewnątrz z białej cegły, ładny.
W środku zaniedbany i zimny, stare ogrzewanie, ciepło była tylko przy kaloryferze.
Teść wstawał dosłownie co parę godzin żeby dołożyć do pieca, starał się, a i tak marzliśmy.
Bałam się że mała będzie chora.
Przyjechała reszta rodziny mojego męża, nie byli to ludzie z którymi chciałam spędzić pierwsze święta, ale tak trzeba było.
Byli dwu licowi może nie wszyscy, zawsze się uśmiechali, uprzejmi wydawało by się że mnie zaakceptowali, to tylko złudzenie.

Wolała bym być ze swoją mamą i tatą, może się uda za rok.
Krzątanina, gotowanie w sumie to wszystko robiła teściowa, nie pomagałam, nie wiem, nie czułam się tam dobrze, nie mój dom, nie moje szafki. Maciej mi nie pomagał, mówił zrób sobie sama, ja się wstydziłam, kwestia wychowania, nie jest w dobrym guście rządzić się u kogoś.

Zajmowałam się Paulinka więc miałam wymówkę.
Wszyscy chcieli ją brać na ręce, przytulać, byłam zła, nic nie mówiłam ale w środku mnie skręcało.

Zawsze czułam się gorsza od jego rodziny, ciężko mi było się odezwać, walczyć o swoje zdanie, wolałam nic nie mówić chyba że zapytali.

Rozmawiali, nie pamiętam o czym ale co mi się wryło w pamięć to jak teściowa powiedziała, dobrze że ty Maciej wziąłeś sobie żonę której ci nikt nie poderwie.

Czy ja naprawdę jestem taka brzydka, nie mogę się nikomu podobać? kolejne słowa które mnie utwierdzały w tym że jestem gorsza.

Ogólny śmiech.
Też się uśmiałam, bo tak wypadało, było mi tak źle i przykro, najgorsze było to że mój mąż zamiast mnie bronić śmiał się najgłośniej.
Rzepicha powiedziała, mamo to nie było miłe.

Święta super!

Łamanie się opłatkiem też było dziwne, mówiłam jedno czułam drugie, takie sztuczne, ja kochałam święta,  ale te były dziwne, po prostu święta, bez otoczki, bez kolęd.

Wieczerza, jedzenie było bardzo dobre, nie jadłam wszystkiego, nie lubię.
Potem alkohol, wszyscy pili było wesoło, pradziadek, prababcia ludzie ci  już mieli w tedy piękny wiek, babcia mnie tolerowała, za to dziadek, lubi mnie dało się wyczuć.
Cała rodzina mojego męża niby się kochali ale nie było tego widać, ani czuć, każdy myślał o sobie, byłam tam obca.

Po kolacji poszliśmy w odwiedziny do sąsiadów, oczywiście alkohol, było wesoło, wtedy usłyszałam że wyładniałam od czasów ciąży, Maciej skąd ty wziąłeś taką ładną i młodziutką kobietkę, komplement dla mnie, czułam że się czerwienie ale tak urosłam na chwilę, wiem że mój mąż się śmiał, coś pewnie powiedział ale tego nie pamiętam. Miło wspominam te odwiedziny.

Dało się wytrzymać, miałam córeczkę, to było najważniejsze.
Maciej musiał wyjechać w pierwsze święto do pracy, my zostałyśmy jeszcze kilka dni.
Jakoś  to przeżyłam .
Przyjechał po mnie z koleżanką z pracy samochodem, zima, mróz późny wieczór,
Maciej znowu był pijany, to takie przykre, czekałam na niego cieszyłam się ze przyjedzie po mnie i po córkę, dał mi buzi i ten zapach alkoholu, udawałam że nie widzę.
W aucie zepsuło się ogrzewanie, jechaliśmy dwie godziny było tak zimno, nogi mi zamarzły, nie umiałam nimi ruszać, małą trzymałam na kolanach, zawinięta była  we wszystko co się dało, podróż do nikąd.
Maciej cały czas coś mówił, żartował nie słuchałam go w ogóle, bałam się o Paulinkę.

Dojechaliśmy do domu, w końcu czułam się dobrze, mój dom, nie potrafiłam wyjść z samochodu, zeszła Rzepicha i pierwszy raz mi pomogła, wzięła mała, w domu zrobiła mi herbatę, gorącą kąpieli, nawet zajęła się na tą chwilę Paulinką.
Pomyślałam że nie jest taka zła.
Nie wiem co robił mój mąż wtedy, pewnie zajmował się sobą.

Położyliśmy się do łóżka, Maciej chciał uprawiać seks, nie chciałam, bałam się jeszcze od porodu tego nie robiliśmy.
Namawiał mnie, mówił że się rozgrzeje, taki żart, miałam ochotę ale strach był wielki.
Przeszkadzało mi to że jest wypity, ale się nie odzywałam, pocałował mnie i uprawialiśmy seks, fizycznie chciałam, psychicznie się blokowałam, byłam spięta, jak u ginekologa, nie było to przyjemne ani miłe.
Zawsze myślałam że seks to coś pięknego jak na filmach, nie w moim przypadku.
Zasnęliśmy.

Mała zaczęła się dusić w nocy, kaszleć, miała gorączkę bardzo wysoką, rozchorowała się.
Przyjechało pogotowie, lekarz ja zbadał, to za małe dziecko nic nie mogę podać usłyszałam, wypisał recepty, więc biegałam pół nocy po mieście i szukałam apteki.
Znowu robiłam to sama, wolałam w nocy iść nie myśląc o strachu, niż wysłać męża, ja zrobię to lepiej. Brak zaufania?
Podałam jej lekarstwa, tak się bałam o nią.
Taka malutka, nie powie co ją boli, tylko płacze i płacze.
Człowiek dorosły, a bezradny w takich sytuacjach.
Nad ranem zasnęła, Maciej poszedł do pracy, i znowu kolejny dzień...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz