piątek, 21 marca 2014

Życie to nie bajka IV


Nie rozmawiałam z nikim, o tym  co się dzieje u mnie w domu, że Maciej pije, nie dla tego że nie chciałam ale nie wiedziałam w tedy że to coś złego, denerwowałam się nie raz, ale nie na tyle żeby czuć zagrożenie.
Miałam nadzieje że mu to przejdzie, i będzie coraz lepiej.

Przyjmowałam życie takim jakie jest, myślałam że to normalne.

Jeździłam do rodziców, z reguły sama, Maciej nie lubił ze mną jeździć, zawsze mówił że lubi moich rodziców, ale jest mało miejsca i źle się tam czuje, krępuje się.
Było mi przykro, źle, potrafiłam go prosić godzinami, ale zawsze odpowiadał, nie i koniec! nie zmienię zdania, ja dalej prosiłam, ale on się już nie odzywał, nieraz się popłakałam, ale wiedziałam że to nic nie da, ubierałam małą i jechałam sama.
Ja chciałam tak razem , rodzinnie, ale  chyba nie byliśmy jeszcze rodziną?
W domu zawsze pytali gdzie Maciuś, pewnie coś wymyślałam i z uśmiechem na twarzy odpowiadałam, co mi ślina na język przyniosła.

Do jego rodziców też jeździliśmy bardzo rzadko.
Ja sama z Zuza częściej odwiedzałam teściów a niżeli ich własny syn, on nie czuł potrzeby spotykania się z rodzicami i też zawsze się mnie pytał po co ja tak często jeżdżę do Bielska i nie potrafił zrozumieć, jak mówiłam że tak po prostu do mamy.
Zawsze twierdził że jeździ się po coś.
Tego to ja nie rozumiałam, jak można nie jeździć do rodziców, ja tego potrzebowałam kontaktu, bliskości rodziny.

Chciałam sama stworzyć rodzinę, tak mi się marzyło, ja Maciej i Zuza, chciałam się martwic o męża, być obok kiedy mnie potrzebuje, rozwiązywać problemy razem, i cieszyć się razem.
Nieraz siedziałam i czekałam na niego aż wróci z pracy, potrafiłam godzinami siedzieć w oknie i czekać, on się spóźniał, wiedziałam wtedy że wróci pijany znowu ale i tak się martwiłam, nie pokazywałam mu tego bo zawsze jak wchodził do domu udawałam że śpię.
Udawałam że mam to w nosie, jak i kiedy wraca.
Ja też potrzebowałam jego bliskości, pomocy, ale na razie kiepsko mi szło, powoli, bardzo powoli.
Zawsze sama, Maciej był ale obok.
Było mi źle, bo kochałam go, naprawdę zakochałam się, może długo to trwało, ale stało się.
On nie potrafił tak naprawdę nawet Zuzy przytulić, nie czuł tego, taki prosty odruch, ludzki ale dla niego zagadka.
Przybiegła Zuza, siadła obok Maćka, przytulała się, on siedział i czytał gazetę, popatrzyłam na niego i wzrokiem pokazywała co ma robić, patrzył na mnie i zmuszał się do podniesienia reki, uczył się ale bardzo powoli, nie umiałam tego zrozumieć, przecież to takie naturalne, to ma się we krwi, a on?
Ze mną było tak samo, jak chciałam się przytulic, siadałam mu na kolanach, Maciej mnie klepał po plecach i mówił dobrze już dobrze, zejdź bo mi spodnie pognieciesz.
Nie dotykaj moich włosów, tyle czasu je układałem, nic mi nie było wolno, jak się do niego zbliżyć?
Czułam się wtedy taka kochana!

W pracy, wszystkie kobiety kokietował, och ach jak się cieszyły, jakoś mi to nie przeszkadzało śmiałam się z nich, jakie one głupie i puste, jeden komplement a one posrane.
Ciekawe na co ja się dałam złapać? zabawne.

Znałam swojego męża, wiedziałam do jakiego momentu może się posunąć, miałam do niego pełne zaufanie, pracował jako kelner, zawsze mi opowiadał wszystko, jak na weselu tańczył z panną młodą, jak sobie ją potrzymał za tyłek, innym razem jakaś mu siedziała na kolanach, kiedyś jakiejś dmuchał do uszka, dla mnie to było tak naturalne, sam mnie przyzwyczaił do tego, to była jego praca, może to głupie ale nie byłam zazdrosna o niego, on taki był po prostu.

Alan Delon, bóstwo w jego mniemaniu, ale pomagało mu to w życiu, mnie za to zawsze dogadywał, w żartach oczywiście, dla niego śmiesznych ale z czasem mnie też to pomogło nauczyłam się śmiać z siebie. Stawałam się silniejsza, nie umiałam się jeszcze bronić, i też obracałam  to w żart, tak było łatwiej.

Mam nogi jak koń Karino, albo Konan barbarzyńca te dwa porównania moich dolnych części ciała, powtarzał co najmniej raz na tydzień, śmiał się w tedy do łez, nie gniewaj się kochanie ha ha, było mi wstyd, takie dziwne uczucie, udawałam że mnie to nie rusza, przecież mu nie pokaże że mnie to boli, twardziel jestem i też się śmiałam.
Jak usłyszałam to porównanie pierwszy raz, uśmiałam się, dzięki  Maciej dzięki, rozbawił mnie.
Broniłam się, wcale nie mam takich nóg przecież, chodziłam i pytałam
-nie masz, nie masz
jak koń, ale Konan to ma konkurencję, i znowu śmiech.
Dobra, dobra, nie gniewaj się już, wtedy mnie przytulał ale trwało to sekundy, ale było mi dobrze, zapominałam o wszystkim, jak to mało potrzeba żeby mnie udobruchać.

Kolejna wada w moim wyglądzie która bawiła mojego męża to wysokie czoło.
Dogadywał mi że włosy mi się zaczynają z połowy głowy, że moje czoło, wygląda jak pas startowy dla samolotów, było tego dużo, moja samo ocena spadała na łeb na szyję, jak pytałam dlaczego tak robi, mówi,śmiał się i powtarzał że to są żarty i mam się nie przejmować
-stara nie umiesz się śmiać z siebie?
Umiem, umiem ale nie non stop, pośmiejmy się z ciebie co?
-ale nie ma z czego odpowiadał
Uszy masz duże i co, wyglądasz jak Kłapouchy, ja się uśmiałam a on obraził.
Uraziłam męskie ego?!

Jestem kobieta, ja potrzebuje komplementów a nie obelg, i wyśmiewania się z mojej osoby.
Tego nie mogę robić bo obrośniesz w piórka i nie dam sobie z tobą rady, odpowiedź mojego męża, oczywiście dowcip.
Przecież nie jestem taka brzydka?
Jak wyglądam?
Jestem szczupła, średniego wzrostu, młoda kobieta, zgrabna, nawet nie przytyłam po ciąży, dbam o siebie, staram się, nie mam rozstępów, celulitu!
Czego on chce od mojego wyglądu, a może się bał?
Przecież to on świecił w naszym związku, a mogło się to zmienić, jak bym obrosła w piórka.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz